~ Diachronia z uśmiechem ~

„I śmiech niekiedy może być nauką…”

W dziale „Diachronia z uśmiechem” znajdują swoje miejsce przejawy inwencji językoznawczej  Członków Koła, niemające charakteru stricte naukowego.

Na początek praca Bartosza Wróblewskiego dotycząca analizy leksykograficznej trzech wybranych wyrazów z Podróży do Ziemi Świętej z Neapolu Juliusza Słowackiego.  Jako dowód, że historia języka polskiego może być pasjonująca nawet w perspektywie akademickiego zaliczenia przedmiotu.

Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu

Pieśń IV – Grecja

7.

„Szczęśliwy! zastał swój ogród i drzewa,

Swoją kanapę i okno na morze,

Swój miły stolik, gdzie pisze i ziewa,

Swoje gazami oskrzydlone łoże;

Może dziś będzie cieszył się lub szlochał,

Patrząc na domek, gdzie kocha lub kochał”

W powyższym fragmencie zaciekawiło mnie nie do końca – z dzisiejszego punktu widzenia – jednoznaczne użycie słowa gazami. Użycie poetyckie, o czym dodatkowo świadczy przymiotnik oskrzydlone. Czyż do oskrzydlenia nie potrzeba skrzydeł? – że zapytam równie poetycko. Czyż owe gazy nie powinny się zatem unosić? Czy idzie tu o gazy rozumiane (za Słownikiem współczesnego języka polskiego) jako delikatna, cieniutka tkanina bawełniana, lniana lub jedwabna używana po wyjałowieniu opatrunków (Mianownik: gaza), czy może podmiot liryczny w zakamuflowany sposób przyznał się do wstydliwych problemów gastrycznych (o fuu!)? A może nawet wcale nie problemów, ponieważ wyraźnie sprawiają mu one przyjemność i opisuje je z wielkim sentymentem (czyżby Słowacki inspirował się dziełami Donatiena Alphonsa Françoisa de Sade’a?). Postanowiłem przeprowadzić śledztwo ze słownikiem w ręku! (no, prawie).

Za punkt wyjścia obrałem słownik etymologiczny Aleksandra Brücknera, w którym pod hasłem gaz znalazłem informację, że jest to „wyraz europejski z XVII wieku, sztucznie urobiony przez słynnego alchemistę van Helmonta”. Odnalazłem go w pachnącej historią, zaginionej wieki temu mitycznej encyklopedii: Wikipedii, gdzie wyczytałem, że zajmował się jatrochemią (alchemią lekarską), czyli bardzo ciekawą dyscypliną, która do lecznictwa wprowadziła m.in. jeden z przełomowych leków w historii medycyny – alkohol. Co jednak bardziej istotne dla mojego leksykograficznego dochodzenia, Johann Baptista van Helmont opisał także kwasy znajdujące się w żołądku i jelitach ssaków (!). Słowacki o krok bliższy od bycia świntuchem?! Nie tak szybko! Przedzierając się przez atramentowe labirynty liter, huśtając się na diakrytycznych ogonkach ą i ę, potykając się o przecinki zastawiane niczym sidła, a także mijając nie raz przelatujące dumnie między wierszami jaskółki, całe wersety jaskółek, z których lotu czytałem, odnalazłem również hasło gaza – „pewna tkanina, z franc. gaze (a to, jak przeważna liczba nazw podobnych, od miejsca wyrobu, syryjskiej Gaza)”. Co ciekawe, było tam również trzecie znaczenie: gazon, gazonik ‘trawnik’ z franc. oraz czwarte: gazon, z niem. Wasen ‘łąka’. Zapamiętałem to sobie, ale nie wiem po co, ponieważ później do niczego mi się nie przydało. A w kontekście zbliżającego się egzaminu z historii języka polskiego bardziej pragmatycznie byłoby zapewne zapamiętać historię wyrazu narty w polszczyźnie, czy datę przekształcenia się Akademii Umiejętności w Polską Akademię Umiejętności. Moje niepokorne zakręty hipokampu wybrały jednak trawnik z łąką i nie byłem w stanie się im przeciwstawić.

Brak odpowiedzi w pierwszym słowniku nie zniechęcił mnie. Sięgnąłem po Słownik polszczyzny XVI wieku. Ani hasła gaz, ani hasła gaza w nim nie odnalazłem. (Tak naprawdę najpierw szukałem w tym słowniku, bo jakbym wcześniej zajrzał do etymologicznego, gdzie jak wół stoi, że to wyraz z XVII wieku, to może nie szukałbym go w słowniku XVI wieku). Dlatego ów brak specjalnie mnie nie zraził do dalszych wojaży po bezkresnym morzu leksykografii.

Zajrzałem zatem do słownika Samuela Bogumiła Lindego, gościa, który był dyrektorem BUW-u w czasach, gdy jeszcze nie było internetu. Zapewne przechadzał się po ośmiopiętrowych, ażurowych rusztowaniach i z dziką rozkoszą przez dziurki podglądał pracowników oraz studentów zaczytujących się w nieprzebranych woluminach… i jakby to nie było ciekawe (a z USOS-u i Facebooka wiemy, że podglądanie innych nie może nie być ciekawe), z nudów napisał jeszcze wielgachny słownik. Jego szczęście, że znalazłem w nim zarówno gaz, jak i gazę. Gaza to według niego (z franc.) ‚gatunek gładkiej krepy (dziś krepa to m.in. kauczuk naturalny – semantyka nie zna granic)’. Gaz (oboczność do: gas) natomiast ma to samo znaczenie, co wcześniej oraz jedno nowe – zguba, raz, cios, uderzenie na kogoś po ciemku. Zwłaszcza to uderzenie na kogoś po ciemku przywodzi na myśl kolejne świństwa, które mogły się roić w głowie Słowackiego. On to w końcu skojarzył gazy z łożem. A że Wilno nie było mu obce, sięgnąłem jeszcze do słownika wileńskiego. Gaza wciąż jest w nim gatunkiem gładkiej krepy, a gaz „ciałem podobnym do powietrza, pary, (niek. dymu), niedającym się, chyba przy nadzwyczaj silnem ciśnięciu, ze stanu lotnego na płyn lub ciało zamienić; prawdopodobne jest przypuszczenie, że gazy powstają z połączenia szczególnych ciał stałych z cieplikiem (a może też i światłem)” – prawda, że prawdopodobne? Najciekawsza jest jednak propozycja nowej polskiej nazwy dla gazu: Uleć. Gdyby tylko poeta ośmielił się napisać o łożu uskrzydlonym uleciami, jasne stałoby się, iż podmiot liryczny cierpi (lub cieszy się) z powodu problemów gastrycznych. Niestety, postanowił być enigmatyczny, wieloznaczny, głęboki… głębia znów nasuwa niesmaczne skojarzenia z miejscem pochodzenia pewnych gazów (jakżeż poetycko w ich wypadku brzmiałoby słowo uleć, nieprawdaż?! Znakomite, dwuznaczne połączenie gerundium z wołaczem. Język polska, piękna język!), w związku z czym decyduję się na dramatyczny gest zakończenia tego wątku.

Na koniec postanowiłem zajrzeć jeszcze do Doroszewskiego. Dawno nie zrobiłem nic równie głupiego (ale co powiedzieć o Doroszewskim?). Hasło było rozpisane na trzech stronach (!). Gaza wciąż pozostawała jednak cienką, przezroczystą tkaniną jedwabną, lnianą lub bawełnianą, służącą zazwyczaj do sporządzania opatrunków, natomiast gaz stał się ciałem lotnym i substancją rozprężliwą niemającą określonego kształtu. Doroszewski potwierdził utworzenie wyrazu przez holenderskiego chemika (już nie alchemika?) van Helmonta i podał dwa potencjalne źrodłosłowy: gr. chaos – próżnia, przestrzeń lub niem. Geist – duch i blasen – dąć, dmuchać. Z całego nieskończenie długiego wyliczania właściwości i rodzajów gazu ciekawe wydało mi się jedynie wykorzystanie słowa „gaz” w gwarze warszawskiej: „Uderzyć w gaz <<popić sobie, napić się wódki>>”, co prawdopodobnie w niezamierzony sposób spaja historię terminu zawoalowaną klamrą kompozycyjną. W końcu van Helmont, który ukuł ów termin, parał się jatrochemią. A właśnie dzięki jatrochemii używamy alkoholu w medycynie. Myślę, że uderzanie w gaz również możemy uznać za pewnego rodzaju terapię, chociaż jest to raczej terapia ducha, a nie ciała. Ducha, ponieważ w naszych czasach częściej chorujemy na dusze, gdyż medycyna skuteczniej leczy nasze ciała niż w XVII wieku. Ale na skuteczność alkoholu bym nie narzekał. A kwestia śledztwa pozostanie chyba nierozstrzygnięta. Bardzo mi przykro. To poezja. Musimy przystać na dowolność interpretacji.

 

23.

„Lub niech cię kania zje – boś mi przerwała

Do Missolungi już zaczętą odę.

Ta sobie stoi maleńka i biała

Pod górą – patrząc na błękitną wodę,

Jako nad Styksem zebrane do kupy

Białe umarłych domków kościotrupy”

Kania to dla mnie biały („stoi maleńka i biała” – to się trochę zgadza; trochę, bo nie zawsze taka znowu mała) grzyb nieco podobny do muchomora sromotnikowego. Nie zbyt drobno pokrojona i lekko zasmażona idealnie nadaje się do jajecznicy. Po lekturze powyższej zwrotki u Słowackiego trudno było mi jednak pojąć, jak grzyb miałby kogoś zjeść. Czyżby była to groźba połączona z animizacją? Coś w stylu: niechaj cię pożre pestka cytryny lub niech szarlotka nos ci nadgryzie? Otóż nie!

Moich wątpliwości nie rozwiał jeszcze słownik etymologiczny Aleksandra Brücknera, z którego dowiedziałem się jedynie, że „kania” może oznaczać: dokuczliwy pisk; naprzykrzanie się, naleganie, nastawanie; ewentualnie: szerokie skrzydło kapelusza lub czapki. Od owego pisku wzięła się jednak nazwa ptaka drapieżnego z rodziny sokołów – kani rudej, co uświadomił mi Słownik polszczyzny XVI w. I niby wszystko stało się jasne, ale skąd w takim razie ta nazwa grzyba?! Rzuciłem się w wir poszukiwań!

Zacząłem od ziomeczka z okolicy, czyli buwowego Lindego, który bezczelnie i bez pardonu zignorował kanię w swoim słowniku. Niemożliwe, by te ptaki powyzdychały do 1807 roku, tak jak niemożliwe jest, by ludzie nie znali dobrych grzybów do jajecznicy! Po prostu Samuel na coś, tudzież na kogoś, się zapatrzył przez dziurki ażurowej konstrukcji starego BUW-u i kania umknęła mu ze słownika. Ale to nic. W końcu nie ma to jak stary, poczciwy wileński, prawda? A tam odnalazłem wspaniale rozbudowane hasło. W pierwszym znaczeniu kania to: ptak z rzędu drapieżnych, rodzaju sokołów, a jego gatunki to: właściwa, czarna i popielata (widać, że w Wilnie znali system klasyfikacji organizmów Karola Linneusza. Uff, bez obciachu). Według podań ludowych nie chciała kopać zdrojów z innymi stworzeniami, w związku z czym pije tylko deszczówkę, a swym nieznośnym piskiem Kania płacze, prosi pić u Boga. Była przepowiednią deszczu. Co ciekawe, pojawiły się nowe znaczenia: 2. słowiańska dziewica przybywająca na mglistym obłoku i porywająca dziatki. Jawi się im w postaci matek, a następnie porywa nie wiadomo dokąd i nigdy ich nie zwraca. „Do dziś dnia woła lud: Dzieci, dzieci, Kania leci!”; 3. łapa; 4. pewien rodzaj ryby morskiej (wedł. Plinjusza) [nie ma to jak konkrety]; 5. roślina. Jak widać, pojawiło się parę dziwnych, chyba nieumotywowanych nazw, a wciąż nie ma grzyba! Moja frustracja narasta, bo zostało już mało słowników, ale pociesza mnie fakt odkrycia kolejnej rymowanki, którą będę mógł straszyć swoje przyszłe dzieci, jeśli takowe kiedykolwiek się narodzą.

Z niechęcią i przestrachem – Doroszewski. Kamień z serca. Ledwie pół strony. Pierwsze znaczenie: „ptak drapieżny z rodziny sokołowatych + fajny opis dzioba, ogona, zamiłowania do padliny i porywania bezbronnych piskląt kurom”. Aż nagle… jest! Znaczenie drugie: „<<czubajka kania, grzyb jadalny z rodziny bedłkowatych (to chyba jakaś rodzina szlachecka, ale mam pewne problemy z klasyfikacją jej nazwiska), o kapeluszu dochodzącym do wielkich rozmiarów, początkowo jajowatym później płaskim, i o długim, cienkim trzonie; rośnie w lasach i na polach>> (kto by się spodziewał) Muchomor od smacznej kani różni się tylko cętkami”. Podkreślam – smacznej! W tym momencie nawet trochę polubiłem Doroszewskiego. Jak się pisze tak długie hasła w słownikach, trzeba czasem coś przekąsić. Oczyma wyobraźni widzę Witka, który zasmaża kanię, wbija jajka, a następnie oblizuje ze smakiem spierzchnięte wargi podczas przerwy w pisaniu, gdy na włoskach receptorów węchowych w nosie piękny koncert grają mu nuty zapachowe dochodzącego właśnie wyśmienitego drugiego śniadania. I mało mnie w tym momencie interesuje znaczenie trzecie: „duże, szerokie rondo u kapelusza”, chociaż jestem w stanie wyobrazić go sobie teraz nawet w sombrero. Jeżeli przed wiekiem XX ludzie nie znali jeszcze smaku kani, to razem z Witkiem szczerze im współczujemy.

W Słowniku współczesnego języka polskiego ostały się tylko dwa znaczenia – ‘ptak drapieżny’ (dodano tyle, że w Polsce jest chroniony) oraz ‘jadalny grzyb podobny do muchomora sromotnikowego’. Jednakże opis wzbogacono o frazeologizm (a wiadomo, że jakby to był jakiś tam nieważny grzyb, to nie doczekałby się frazeologizmu. Zna ktoś frazeologizm na zajączki?): „łaknąć [pragnąć, czekać] {czegoś} jak [niczym] kania dżdżu [deszczu]”. I właśnie w tej chwili, o nieludzkiej porze, gdy tę pracę tworzę, jak kania dżdżu, tak potrzebuję snu. A poza frazeologizmem kania doczekała się także utworu muzycznego – ta dam: „Jak kania dżdżu” – Jan Kanty Pawluśkiewicz.

 

35.

„Belek się ledwo dotykały heble,

W ścianach obficiej niż gliny,

Sosnowe szczeble i niebieskie szczeble,

To jest deszczułki z sosen i szczeliny,

Wiodą na piętro – wejście – pierwsza próba,

Już było dla mnie jak sen Jakuba”

 

Deszczułka to wyraz teoretycznie pospolity, najzwyklejszy na świecie. Aleksander Brückner w słowniku etymologicznym pisze, że deszczka i deszczułka to zdrobniałe formy od wyrazu deska, notowane już w Biblii. Że były deski, gdy pisano Biblię, jeszcze wierzę. Ale że był wtedy język polski? Postanowiłem zajrzeć do słownika polszczyzny z XVI wieku (wtedy już narodowie wżdy postronni znali, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają). Niestety, tu kolejne rozczarowanie – deszczułka i deszczka są zdrobniałymi formami od deski, czyli wciąż nic ciekawego. Linde – to samo. Niezawodny wileński – tym razem zawiódł („mała deska”). Nawet Doroszewski napisał o niej nie w swoim stylu (czyt. krótko), co podchwycił również Słownik współczesnej polszczyzny.

Obecnie moja rozpacz nie ma granic! Pokrętne drogi polskiego słowotwórstwa nie potrafiły dotąd wyzyskać podobieństw brzmieniowych deszczułki oraz deszczówki! A przecież na pierwszy rzut ucha mogą konotować podobnie i być poetycko twórcze. Deseczka już nie kojarzy się z deszczem, ale deszczułka zawiera deszcz w sobie! Mało tego – deszczułki zawierają czułki oraz fonetyczny odpowiednik angielskiego zaimka określonego („the”), co mogłoby sugerować, że chodzi tu o jakieś określone czułki… No dobra, chyba popłynąłem już za daleko. W każdym razie chciałem się tylko pożalić, że jako Polacy nie wykorzystaliśmy potencjału tkwiącego w wyrazie deszczułka, który właściwie zastąpiła już deseczka. Wkrótce deseczka zupełnie wyprze deszczułkę z języka i ta umrze śmiercią naturalną zawinioną niezliczoną liczbą naszych błędów i wypaczeń! Shame on us.